John Paul II Foundation
📷 AP/ EAST NEWS

Tamtego dnia… – rozpaczliwy wyścig z czasem

Tamtego dnia?… Za każdym razem, gdy powracam myślą do tamtego wydarzenia, mam zawsze te same odczucia. Zawsze. Przeżywam wszystko od początku, chwilę po chwili. Tak jakbym wciąż nie mógł uwierzyć, że mogło dojść do czegoś podobnego. Że próbowano zabić Papieża, tego Papieża, Jana Pawła II, w samym sercu chrześcijaństwa.

Jeep kończył właśnie drugie okrążenie placu Świętego Piotra, zbliżając się do prawej kolumnady, którą zwieńcza Spiżowa Brama. Ojciec Święty wychylił się z samochodu w kierunku dziewczynki o blond włosach, którą starano się mu podać. Nazywała się Sara, miała zaledwie dwa lata, ściskała w dłoni kolorowy balonik. Papież wziął ją na ręce i podniósł do góry, jakby pragnął pokazać ją wszystkim, potem ucałował i uśmiechając się oddał rodzicom. Była godzina 17.19. To odtworzono dopiero później. Przy ładnej pogodzie audiencje generalne odbywały się na placu, w porze popołudniowej. Tak było też tamtego dnia, tamtego 13 maja 1981 roku. Zachwycił mnie widok dłoni matki i ojca wyciągniętych w stronę pyzatego skarbu. Nawet nie usłyszałem za bardzo pierwszego strzału. Spostrzegłem jedynie setki gołębi, które niespodziewanie, wylęknione, poderwały się do lotu. Zaraz po tym padł drugi strzał. W momencie, gdy go usłyszałem, Ojciec Święty bezwładnie zaczął osuwać się na bok, prosto w moje ramiona. Instynktownie skierowałem wzrok w kierunku, z którego padły strzały, choć tak naprawdę zobaczyłem to dopiero później na zdjęciach i w ujęciach telewizyjnych. Pośród zamętu szamotał się młodzieniec o ciemnych rysach. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że był to zamachowiec, Turek Mahmet Ali Agca. Powracając teraz myślą do tamtej chwili, być może skierowałem wzrok na całe to zamieszanie, aby nie widzieć, aby nie przyjąć do wiadomości tej straszliwej rzeczy, która się wydarzyła. A którą „czułem” w moich ramionach. Usiłowałem wesprzeć Papieża, choć on sprawiał takie wrażenie, jakby się poddał. Łagodnie. Naznaczony bólem, ale pogodny. Zapytałem: „Gdzie?”. Odpowiedział: „W brzuch”. „Boli?”. On na to: „Boli”. Pierwsza kula, przeszywając okrężnicę i raniąc w kilku miejscach jelito cienkie, rozszarpała brzuch, poczym – przebiwszy ciało na wylot – spadła do wnętrza jeepa. Druga zaś po tym, jak otarła się o prawy łokieć i złamała palec wskazujący lewej ręki, zraniła dwie amerykańskie turystki. Ktoś krzyknął, żeby zabrać go do karetki. Ale karetka była po drugiej stronie placu. Jeep przejechał błyskawicznie przez Bramę Srebrnych Dzwonów, potem wzdłuż ulicy Fundamentów, okrążając absydę Bazyliki, skierował się tunelem w dół, wjechał na dziedziniec Belwederu i w końcu dotarł do watykańskiej służby zdrowia, gdzie oczekiwał powiadomiony tymczasem doktor Renato Buzzonetti, osobisty lekarz Ojca Świętego. Wyjęli mi Papieża z ramion i położyli na posadzce w korytarzu budynku. Dopiero wtedy zobaczyliśmy ogromną ilość krwi, która wypływała z rany postrzałowej. Buzzonetti zgiął mu nogi w kolanach pytając, czy może nimi poruszać. Poruszył. Lekarz kazał natychmiast udać się do polikliniki Gemelli. Nie był to przypadkowy wybór, ale dużo wcześniej przemyślana decyzja, przewidziana w przypadku konieczności umieszczenia Ojca Świętego w szpitalu. Karetka, która tymczasem dotarła do ambulatorium, odjechała z maksymalną prędkością. Tak zaczął się rozpaczliwy wyścig z czasem ulicą Viale delle Medaglie d’Oro. Alarm nie działał, na drodze tłok, kierowca bez przerwy naciskał na klakson.

Kard. Stanisław Dziwisz – „Świadectwo”