📷 teologiapolityczna.pl

Słychać było, jak szeptem rozmawia z Panem Jezusem

Patrząc na Jana Pawła II, zaraz można było dostrzec, że nie ma w nim separacji, tym bardziej schizofrenii, między człowiekiem modlitwy i człowiekiem czynu. Wprost przeciwnie w Karolu Wojtyle istniała pełna jedność życia, harmonijna zgodność między dwiema postawami. A nadzwyczajność paradoksalnie polegała na tym, że wszystko to było tak bardzo normalne, tak naturalne. To jest najcenniejsze dziedzictwo, jakie nam pozostawił Jan Paweł II: wiara przeżywana w sposób przejrzysty i spójny w codzienności, w historii każdego dnia. Ale ta wiara była także zdolna do przemiany ludzkiej i społecznej rzeczywistości.

Uważam, że jeżeli chcemy mówić o Wojtyle „prywatnie”, nie można nie rozpocząć od tego, że był człowiekiem Bożym, człowiekiem modlitwy.

Modlitwa była dla niego zanurzeniem się w Bogu, przebywaniem z Bogiem. Nigdy nie przechodził obojętnie obok Najświętszego Sakramentu. Do czasu, gdy to mógł czynić, klękał albo leżał krzyżem na posadzce i modlił się. A jeśli wydawało się mu, że jest sam, słychać było, jak szeptem rozmawia z Panem Jezusem. Był bardzo kreatywny, sam wymyślił wielką liczbę modlitw. I śpiewał. Lubił śpiewać, zwłaszcza podczas codziennej adoracji, której nigdy nie zaniedbywał.

Za zgodą Ks. Kard. Stanisława Dziwisza – „U boku Świętego”