📷 Biblioteka Watykańska

Po minie mogliśmy się domyśleć, czy spotkanie było dobre

Rola papieskich sekretarzy przy papieskich audiencjach nie była dużą rolą. Obowiązywały protokoły. My sprowadzaliśmy Ojca Świętego do biblioteki na drugim piętrze, a wprowadzanie gości to już inny protokół. Gości wprowadzał prefekt Domu Papieskiego z innym orszakiem. Potem zostawialiśmy Ojca Świętego w bibliotece na prywatnej rozmowie. Byliśmy tak naprawdę tylko podczas oficjalnego przywitania i po rozmowie pilnowaliśmy, żeby Ojciec Święty wręczył gościom właściwy prezent. Zwykle były to pamiątkowe medale – srebrne, albo brązowe, czasami obrazy o charakterze religijnym – święty Piotr, święty Paweł. Sekretarz jest po to, żeby zdejmować z barków Papieża te przyziemne sprawy. Takie jak prezenty dla gości właśnie. Żeby nie musiał się tym przejmować. Zresztą on i tak nie miałby do tego głowy.

– Czy w drodze na audiencję Ojciec Święty coś mówił? Dzielił się z wami oczekiwaniami, może obawami?

– Zawsze na takie spotkania szedł w ciszy, nigdy się nie uzewnętrzniał. Nie mówił, czego się spodziewa, a czego boi. Nie zastanawiał się głośno, czy spotkanie się uda, czy nie i jakie ewentualnie będą owoce.

– Nie mówił na przykład: „chciałbym go/ją przekonać do…” albo „Będzie ciężko”?

– Raczej nie. Zawsze był skupiony, zamyślony. Modlił się. Pewnie Panu Bogu mówił to wszystko.

– A po spotkaniu? Sekretarzom ani słowa?

– To już raczej oficjalnie. Ojciec Święty rozmawiał z rzecznikiem Watykanu i to jemu przekazywał komunikat z audiencji, który potem trafiał do „L’Osservatore Romano”. Ale po minie mogliśmy się domyśleć, czy spotkanie było dobre, czy Ojciec Święty jest zadowolony, czy z tej mąki będzie chleb. Raz było lepiej, raz gorzej, ale jakiś chleb z tej mąki był zawsze.

Za zgodą ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego – „Najbardziej lubił wtorki”

Wydawnictwo M, Kraków 2008 r.