📷Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

On chciał do nich mówić, oni chcieli go słuchać.

Na koniec wspomnień z pielgrzymek do Polski arcybiskup Mokrzycki przypomina sobie historię z tej przedostatniej. W 1999 roku, kiedy Jan Paweł II nocował w nuncjaturze w Warszawie, poślizgnął się w łazience i rozciął skroń. Kiedy przyszli pielęgniarze, żeby opatrzyć ranę, okazało się, że był konieczny jeden albo dwa szwy. Lekarz chciał to zrobić jak najdelikatniej i założyć jak najmniejszy opatrunek. Naklejał plasterek raz, drugi, trzeci… I za każdym razem mówił „przepraszam”, „przepraszam, „przepraszam”. Chyba trochę ręce mu się trzęsły. Na co Ojciec Święty zaczął opowiadać: „No, był też taki Jasiu, który ciągle figlował i ciągle mówił mamusi „przepraszam”, a mamusia do niego: „Ty, Jasiu, nie przepraszaj, tylko się popraw”. Plasterek w końcu udało się nakleić, a my cieszyliśmy się, że Ojciec Święty mimo kłopotów ze zdrowiem ciągle ma to samo cięte poczucie humoru.

Tak jak w tej historii mamusie wychowywała Jasia, tak Jan Paweł II wychowywał sobie młodzież. Konsekwentnie, od początku pontyfikatu. Wychowywał tak skutecznie, że w Roku Jubileuszowym na Światowe Dni Młodzieży do Rzymu przybyły dwa miliony młodych, milion przystąpiło do sakramentu pokuty.

– Ksiądz obserwował to wszystko z bliska. Jak to się działo?

– Po prostu. To wszystko było takie naturalne. On chciał do nich mówić, oni chcieli go słuchać. I to nie dlatego, że pięknie mówił i obiecywał cuda. Kiedyś był aktorem. W głosie miał siłę armat. Ale potem, z roku na rok, ten głos słabł. A młodych na spotkania przychodziło coraz więcej. To oznacza, że Ojciec Święty nie był dla nich gwiazdą pop, tylko świadkiem Chrystusa. I że to dla Chrystusa przyjeżdżali na Światowe Dni Młodzieży, dla Chrystusa się spowiadali i przyjmowali komunię. A Papież się cieszył i wymagał.

Za zgodą ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego – „Najbardziej lubił wtorki”

Wydawnictwo M, Kraków 2008 r.