John Paul II Foundation
📷 jp2doc.pl

Dla każdego miał jakieś miłe słowo.

Lubił patrzeć na wschód słońca. Także dlatego wcześnie wstawał – o  5.15, najpóźniej o 5.30. Kiedy był starszy, nieco później, ale znowu – najpóźniej o godzinie 6. Potem poranna toaleta i jeszcze przed mszą świętą Ojciec Święty zawsze odmawiał Różaniec. Odmawiał ten różaniec leżąc krzyżem. Potem były jego prywatne modlitwy. Następnie – jeszcze przed mszą świętą – przychodził do kaplicy i tam przygotowywał się do ofiary eucharystycznej. To było dla niego bardzo ważne. (…) Do końca pontyfikatu zawsze na mszy świętej było przynajmniej kilka osób, może już nie 30-40 jak kiedyś, ale 10-15, żeby Ojciec Święty tak bardzo się nie przemęczał. Bo z każdym, kto na mszę został zaproszony, Ojciec Święty po mszy się witał. Pytał, skąd pochodzi, co robi. Dla każdego miał jakieś miłe słowo.

– Kogo na takie msze zapraszaliście?

– Różni to byli goście. Często z Polski. I kapłani i świeccy. Pisali prośby, że w tym czasie są w Rzymie i że bardzo chcieliby w tej porannej papieskiej mszy uczestniczyć. Czasami były to prośby popierane przez biskupów albo przez proboszczów. Tych próśb było bardzo dużo, około dwustu dziennie. To od nas zależało, kogo się zaprosiło, a kogo niestety nie.

– Losowaliście?

– Zwykle z listu można było wyczytać, kogo można i trzeba zaprosić, jakie intencje nimi kierują, kiedy prosi o spotkanie z Ojcem Świętym.

– Czy zwykły człowiek bez poparcia biskupa lub proboszcza miał szansę?

– Przychodzili także zwyczajni, prości ludzie. Czasami ktoś pisał: „Pragnieniem mojego życia jest spotkać się z Ojcem Świętym. Wiem, że takich ludzi są tysiące i mam małe szanse. Albo żadne…” I wtedy myśleliśmy sobie, że taką osobę warto zaprosić. Miała odwagę napisać do Ojca Świętego. Napisała z wielką pokorą, nie narzucając się, nie powołując na wpływy. I zapraszaliśmy.

– Teraz wiele osób pomyśli sobie: „O, ja głupi, też mogłem napisać. Tak bardzo o takim spotkaniu marzyłem…”

– Wielu marzyło, setki, tysiące, miliony. Dlatego Ojciec Święty tak bardzo dbał o to, żeby zapraszać ludzi na mszę. Dlatego tak bardzo dbał o to, by spotkać się z ludźmi podczas audiencji generalnych i po tych audiencjach. Wreszcie, dlatego tak wiele podróżował. Żeby być blisko. Nie tylko myślą i modlitwą, ale też ciałem.

Za zgodą ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego – „Najbardziej lubił wtorki”

Wydawnictwo M, Kraków 2008 r.